Wieczność na bezkresie …

Czasem widzieć to nie znaczy zobaczyć coś. Wzrok nasz jest tak prosty i banalny. Twierdzimy, że obserwujemy świat, że najlepiej ze wszystkich wiemy, co się w nim dzieje, jakie reakcje zachodzą i jaka jest prawda. Nic bardziej mylnego. Zatraciliśmy się w naszym wiecznym bezkresie, biegnąc przez nasze życie bez większego wytchnienia, czy nawet zatrzymania. Dochodzą nas myśli o szarej codzienności. Czy taki rzeczywiście jest świat? Czy jesteśmy prawdziwymi wojownikami naszego życia? Walcząc każdego dnia o promyk radości w otaczającej nas mgle.

Prawdziwy wojownik nie zna swojego celu życia, ale za to wie, a raczej czuje, jaką drogę powinien obrać by dążyć do swojego sensu. Wszystko dzieję się przez wewnętrzną intuicje, a nie wiedzę, którą trzeba odkryć w sobie. Któregoś dnia pewien chłopiec przeżył straszną tragedię. Miał wypadek na rzece wraz ze swoim przyjacielem w pewnym kraju w środkowej Europie. Miał na imię Dar od Boga. Chłopiec nie cenił za wysoko tego imienia, jak też zresztą jego przyjaciel, który był jego imiennikiem. Uważali, że życie jest zbyt puste by mogło być darem Boga, a co dopiero oni sami. Nie uznawali jasności, ani ciemności życia. Widzieli jedynie szarość, ból i smutek. Byli bardzo bliscy sobie, praktycznie nie rozłączni. Zakochiwali się obydwoje w tych samych piosenkarkach, lubowali się w tym samym sporcie i całkowicie się jemu poświęcając. Poczucie humoru, również mieli inny niż wszystkie inne dzieci. Byli obcymi dla innych, ale dla siebie, byli bliscy. Nie uznawali religii, czy reguł nałożonych przez dorosłych. Szanowali jedynie swoje prawo. „Ciało jest jedynie przedmiotem naszej mentalności i duszy. Bólu fizycznego nie ma. To tylko złudzenie.” Tak właśnie powstało ich kredo. Zresztą nie jedno. Ich przyjaźń była bardzo silna, sami jak to twierdzili byli swoimi Mistrzami. Ostatnimi żyjącymi Mistrzami życia: „Tak jak ja Ciebie dziś, tak Ty mnie jutro”. Nierozerwalne prawo braci krwi. Każdy skłonny do pomocy sobie i oddawania siebie.

Któregoś dnia wybrali się nad rzekę, by móc sobie porozmawiać i oglądać jak wielka ognista kula zwana słońcem zachodzi nad drzewami. Był wśród nich inny chłopiec, również zagubiony i zły na świat, jak oni. Jednak tylko Ci dwaj wciąż rywalizowali ze sobą na każdym kroku, co później niestety okazało się zgubne. W środku zimy i przeszywającego chłodnego wiatru ze wschodu, topili się. Jeden próbował ocalić drugiego, który zasłabł, gdy trzeci dzwonił po pomoc. Wtedy byli sami. Zdani na swoje siły. Niestety, lód bywa zdradziecki i gdy próbowali się wydostać załamał się i wciągnął obydwóch pod wodę. Jedynie jeden z nich wypłynął. Chciał nurkować po swojego przyjaciela, ale ciężka kurtka i zacięty suwak uniemożliwił mu manewrowanie pod wodą. Rozpięcie kurtki tak jak i ratunek był niemożliwy. Jeden zmarł, a drugi walcząc o każdy okruch życia zrozumiał.. Poznał najcięższą prawdę życia. Ludzkie ciało jest kruche. Zmagał się z przeszywającym bólem kości, które były przeszywane ostrymi jak sople lodu, igłami mrozu. Widział wtedy świat o wiele piękniejszym. Nastąpiło to chwile po tym jak zrozumiał jak umrze, gdy poznał swój koniec. Pogodzony ze światem i ze sobą, pragnął umrzeć u boku przyjaciela. Gdy głębiny zaczęły go wciągać, poczuł coś bardzo dziwnego. Poczuł harmonie z otaczającym go światem. Poczuł obecność pewnej osoby, która była dla niego tak życzliwa i ciepła jak nikt inny w życiu. Od przesytu miłości można było umrzeć. Ta osoba, później nazwana Aniołem powiedziała mu jedno zdanie: „Jeżeli dziś zawierzysz, to jeszcze dziś będzie wszystko dobrze.” Bez wahania uwierzył. Dzięki temu dostał drugą szanse i nowe siły by przetrwać. Po 30 minutach został uratowany, choć był w ciężkim stanie. Jego przyjaciel nie przeżył. Wraz z jego śmiercią umarła część jego serca, ale dzięki niemu zrozumiał swoją drogę. Musi trwać by świadectwo śmierci jego brata przetrwało. Jego Mistrza. Bóg czuwał nad nim i pomagał mu. Nie wie chłopiec do dziś, czy ta osoba, ten Anioł. To była jakaś obca osoba, czy już wtedy jego przyjaciel, który za wszelką cenę chciał uratować go. Nie wie. Wie jedno. Imię jego.. Dar od Boga. Było bardzo adekwatne. Od tego momentu przestał się wstydzić swojego imienia, ponieważ ono od tego dnia nabrało nowego znaczenia i sensu. Tak jak jego przyjaciel, Mistrz, wojownik, który był dla niego darem. Teraz już będzie podążał przez świat z tą samą misją, choć inną droga. Będzie Darem dla innych.

Gdy, następnym razem będziemy chcieli zobaczyć cel naszego życia to zatrzymajmy się jak Ci dwaj chłopcy. Bądźmy swoimi Mistrzami, ale zarazem uczniami innych. Kiedy spotkamy na swojej drodze takiego Ostatniego żyjącego Mistrza, nie zapomnijmy dać mu liść witając go ze słowami, „oto dar Boży”. Wtedy, właśnie będziemy mogli dojrzeć to, że, życie ma pełno darów wokół siebie. Tylko wystarczy je ujrzeć. Patrzeć to, co innego niż widzieć.

 

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.