O pewnym czasie . . .

Czasem mamy problem pojąć rzeczy proste i oczywiste. Znamy czasem rozwiązanie pewnych problemów, bądź znamy pewne prawdy życiowe, ale pomimo tego nie potrafimy się z tym pogodzić. W pewnym wyśnionym świecie był zagubiony chłopiec. Podatny na wszystkie doznania zewnętrzne, jakie mu szykował wyimaginowany świat.

Wzlatując ponad sto stóp nad ziemią. Przemierzając rozległe krainy znalazłem się w pewnym mieście. Na oko przypominający mi moją ukochaną stolicę, lecz różniła się znacznie. Szczególnie ukochane prze zemnie Stare Miasto. Chadzając przez wąskie wybrukowane drogi, odkrywałem  coraz to nowe zakamarki. Doznania był zwłaszcza jeszcze bardziej silniejsze, gdy na to skupiałem wszystkie moje zmysły. Wszystko było takie realne i namacalne. Zapach kwitnących kwiatów i drzew, wlewał się przez moje nozdrza, pobudzając mój skołowany umysł. Zmysł powonienia wtedy był tak czuły, że byłem wstanie rozłożyć każdy zapach na części pierwsze określając, który zapach należał do już rozkwitniętego kwiatu, bądź  do tego niedawno uwolnionego z sztywnego zielonego kielicha. Każdy wymierzony krok był niczym, chód na rękach. Przez buty dokładnie potrafiłem określić twardość i strukturę, każdego poszczególnego kamienia brukowego. Gdzie leżało więcej piasku, a gdzie mniej. Gdzie więcej wody spadło, przez wczorajszy deszcz, a gdzie mniej. Zmysł smaku szalał, przez przesiąknięte słodyczą kwitnących kwiatów powietrze. Słodycz była tak mocna, że przez pewien fragment drogi jedyne, co robiłem to oddychałem lekko ustami, wystawiając język na zewnątrz by słodkawy pył osiadał się na nim. Prawdopodobnie musiało to wyglądać przekomicznie, lecz nie obchodziło mnie to w tej chwili.

Wzrok w szaleńczym pędzie rzucał spojrzenia na wszystko, co mnie otaczało, by móc jak najwięcej zapamiętać i pojąć. Nie był, więc to zwyczajny spacer, przez niezwyczajną starówkę. Był to spacer zmysłów. Dochodząc do pewnego wzniesienia zauważyłem schody prowadzące do jakiejś kamienicy na pagórku. Wchodząc po szerokich schodach, zauważyłem drzewo obtoczone wysokim krawężnikiem. Na nim u stóp ów drzewa siedziała pewna dziewczyna. Usiadłem przy niej i zachwycałem się jej nietuzinkową urodą. Ciemne lekko pofalowane włosy, lizane z lekka delikatnym wiatrem z północy. Ciemne oczy, oraz usta przepełnione różanym kolorem. Prawdziwy okaz piękna i zdrowia. Niestety narastająca obawa, przed tym, iż tylko śnię kazała mi doszukiwać się prawdziwości tej osoby.

Po paru minutach milczenia, zapytałem.

– Czemu ten świat, który za wszelką cenę chce tworzyć pozory szczęścia i spokoju, oszukuje sam siebie?

Z lekka uśmiechając się w moją stronę, delikatnie drwiącym głosem zapytała.

– Czemu uważasz, że właśnie tak jest?

Nagle sceneria, zmieniła się jak za sprawą magicznej różdżki. Było pochmurno, szarawo i bez wszelkiej żywej roślinności.

– Ludzie umierają. Nasi bliscy umierają. Czas umiera. Chwile umierają. Świat umiera. My umieramy. Cierpienie, ból, naszym nauczycielem, ale co z tego mamy? Jedynie naukę jak można próbować zbudować zakłamany świat, który twierdzi, że żyje w pokoju i harmonii. Jest to śmieszne i zakłamane, jak zresztą my sami. Na potrzeby chwili, miejsca, lub innych ludzi stajemy się obcy wobec samych siebie. Wobec innych sztuczni, lecz „normalni” .

Jej twarz posmutniała na chwilę.

– Czym jest pojęcie normalność?

Odparłem.

– Bycie normalnym, czyli bycie, bezpiecznym, przewidywalnym, szanującym określone odgórnie prawa, spokojnym i zachowujący się jak wszyscy inni, wyznając ogólnie przyjęte standardy i etykiety wszelkiej maści.

Sceneria, zmieniła się. Wyszło więcej światła, roślinność zaczęła powoli wychodzić na wolność. Uśmiechnęła się i rzekła.

– Normalność jest względna jak ten cały świat. Prawa i obowiązki przyjęte przez społeczność jak i prawa życia, czy śmierci, należy traktować z szacunkiem i dystansem. Zachowując oczywiście przy tym swoją własną normalność, przez ogół określaną jako niewłaściwą. Użyłam tego słowa specjalnie. Niewłaściwa to nie znaczy, że niedozwolona. Trzeba mieć szacunek do przyjętych praw, lecz magia życia polega na ciągłym balansowaniu i naginaniu przyjętych standardów. Nie mówię o zachwianiu linii pomiędzy dobrem, a złem, lecz o naginaniu tych praw ogólnie przyjętych przez społeczeństwo, by móc być normalnym w swojej skali, którą jedynie określa jedyny wskaźnik. Serce. Jeżeli umiesz kochać, oddawać siebie, ale zarazem robiąc to, co Ci szepce serce, wierz mi. Nigdy nie złamiesz praw przyjętych przez Boga, wręcz przeciwnie. Staniesz się w pewnym sensie pokornym sługa, lecz samodzielnym stanowiącym sam o sobie. Co do śmierci to tak jak Ty i ja musimy wiedzieć, że mamy czas i misję. Musimy ją wykonać. Nie próbuj szukać informacji, co to za misja. Tylko przez mądrość swoich bliskich, którzy odeszli. Doszukuj się wielkości i sensu tego, co dokonali przez całe życie i co Cię nauczyli. To jest mądrość życia i sam już o tym dawno wiedziałeś.

Nagle świat znowu zaroił się od barw i zapachów. Ona odeszła tak szybko jak pojawiająca się ta scena. Kim była? Nie wiem. Pewne jest to, że szukając odpowiedzi daleko, niewolno zapominać, że często one potrafią być bliżej niż nam się to może wydawać. Dlatego warto otworzyć oczy, nie po to by widzieć, lecz po to by zobaczyć.

 

Dziękuje tym, co odeszli i tym, co są. By nikt już nigdy nie zagubił się sam w sobie.

 

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.