Czasem, gdy rozum zawodzi…

Upodlenie dosięga moją duszę. Z każdym moim krokiem, gdy zaczyna się coś rodzić to drugie za mną pozostawione ginie w naturalny sposób… Czyżbym zapomniał o tym jak ratować innych i siebie? Idę jedną z ulic mojego sennego miasta i spotykam Ciebie moja stara przyjaciółko. Tęskniłaś za mną? Ty jako jedyna pamiętasz moje słowa wykrzyczane w Twoją stronę. Upajasz się na mój widok nimi. Nienawidziłem Cię od momentu poznania. Pamiętasz? Nadałem Ci wtedy imię. Czas i doświadczenie mi jednak otworzyło oczy, że nie jest to Twoje jedyne imię, jakie masz. Kiedyś samotność, dziś ból i pomór. Na tej prostej ulicy oglądasz mnie z góry na dół. W końcu rozchylasz lekko usta jakbyś chciała mi zaraz coś powiedzieć. Doskonale wiesz, że się zmieniłem. Wydoroślałem i nabrałem sił. Spoglądam na Ciebie i pomimo nowej szaty poznaje Cię. Nadal Cię nienawidzę. Ludzie wokół nas pędzą przez swoje życie nie widząc nas w ogóle. Jesteśmy tylko my, chwila i czas. Wiedziałaś, że mnie znajdziesz? Może ja Cię po prostu znalazłem? Przyjaciółko moja.

Dziwna ta nasza więź prawda? Jesteśmy przyjaciółmi, bo znamy się od urodzenia i wiemy oboje, że nie istniejemy w ogóle bez siebie, lecz pomimo tych więzów od zawsze Tobą gardzę. Ty to nazywasz miłość, a ja? Obowiązkiem życia. Podchodzisz do mnie i wtulasz się w moje ramiona. Pachniesz jak płatki róży, a ja doskonale wiedząc i czując jak ten, tzw. piękny zapach wchodzi mi w nozdrza do płuc paląc wszystko na swojej drodze. Jestem niszczony Twoją miłością do mnie. Czemu wciąż pomimo mojej siły i doświadczenia nadal tak przeżywam nasze spotkania?

Chwila, upadam na kolana. Moje nogi, dłonie i głowa dotyka ten kamienny bruk… Czuje jego zapach.. Niweluje trochę ten Twój odór. Nie chce już wstawać, chce się poddać i już nie walczyć z Tobą. Czemu muszą cierpieć ludzie spytałaś mnie za nim odeszłaś tamtego dnia. Nie wiedziałem, co Ci odpowiedzieć. Teraz już wiem. Cierpimy by móc znaleźć siłę by Cię wyrzucić z życia, ale tylko po to byś wróciła pod inną postacią i nas dalej doświadczać.

Upadłem i nie chce wstawać. Brak mi sił by Cię znosić. Drwiąc z moich czynów i uczuć siadasz obok. Doskonale wiesz, że wstanę i pójdę dalej jak odetchnę. Tylko po to, aby znów po paru krokach upaść i wstać. Dziwna ta nasza ironia życia. Dotykasz moje bezbronne ciało, a ja pozwalam Ci na to.

Nienawidzę, gardzę, opadam z sił tylko czasem, gdy mój rozum zawodzi… Gdy serce szaleje z bólu.

Choć trochę, choć to nie wszytko. Zmęczenie.

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.