Cz.. 5. Bo pięć może zaskoczyć.

Ostatek w ostatku. Myśl w myśli. Prawdziwość w prawdziwości. Czyn, chwila, spokój. Moje ciało odbywa tego wieczoru ostatnią wędrówkę. Oddala się od wszystkiego, co zostało stworzone i wkracza w inną przestrzeń. Poza granice rozumu i poznania.

Niebo pokryte różową łuną słońca, które zachodzi. Za nim księżyc wschodzi w swoim bladym światłem. Wszystko płynnie przemieszcza się jak na gigantycznych trybach napędzanych przez niebiańską siłę. Stoję wśród nieskończonej bieli śniegu. Lecz czuję ciepło. Śnieg się nie topi przy tym cieple. Abstrakcja zmysłów. Zimy śnieg, ciepłe warkocze wiatru, jakby lekki letni wietrzyk, który smaga moje włosy i twarz. Dziwny wyśniony świat. Wszystko takie realne i dokładne. Czyżby mój rozum osiągnął stopień poznania? Patrzę w górę i widzę jak liście spadają na świeży śnieg. Od razu na miejsce tych liści pojawiają się młode pąki. Wszystko tu jest poza czasem, a zarazem w czasie. Logiczny sens stworzenia tego wszystkiego zniknął. Czy to raj? Czuje cała paletę zapachów. Kwitnących kwiatów, choć ich nie widzę. Zapach śniegu, zapach drzew, gór, wody, lodu. Zapachy lata, zimy, jesieni, wiosny. Pomimo natłoku tych wonni mój nos bez problemu potrafi każdy rozpoznać, wyodrębnić i opisać. Wszystko spowite tajemnicą i zagadką. Naglę uświadamiam sobie, że brakuje w tej palecie jednego zapachu. Najważniejszego. Mojej bezimiennej miłości… Zaczynam biec po lesie. Szukam jej i krzyczę. Nie znam jej imienia, ani adresu. Jest jak anioł, jak cały ten sen. Gdzie ja jestem? Krzyczę ja. Krzyczy serce. Krzyczy dusza. „Nie szukaj tego, czego nie widzisz. Zamknij oczy i daj się odnaleźć.” Zatrzymuje się w tym pędzie całej tej machinacji. Zamykam oczy i otwieram swoje ciało na doznania nieznanego. Naglę słyszę kroki za sobą. Chrupanie świeżego śniegu pozwalają mi na dokładne określenie położenia mojej ukochanej. Wiem, że to ona. Odnalazła mnie sama. Chodź tyle lat ją szukałem. Była i żyła we mnie. Jako bezimienna. Otula mnie swoimi ramionami. Czuje ją, jej ciepło i słodkawy smak. Jej skóra, usta, włosy. Wszystkie one dotykają moje ciało. Co mam czynić? Ciekawość mym przekleństwem. Odwracam się do niej i wtulam się w nią, jak małe dziecko do łona matki. „Oddaję Ci duszę, serce, ciało i rozum.. Bądź już ze mną i nie pozwól mi się obudzić”. Klęcząc przed nią czuje dotyk jej dłoni na mojej głowie, która delikatnie osuwa się po moich włosach. „Ukochany, jestem i nie odejdę od Ciebie. Byłam zawsze tak jak Ty dla mnie”. Nachyla się i zaczyna klęczeć przy mnie. Naglę nasze usta łączą się w pełni uściskach stęsknionych kochanków życia. Mamy sens. Mamy siebie.

Nasz świat zawieszony między porami roku, między czasem, między wszystkim, co istnieję. Jesteśmy tylko my. Nasz czas to dźwięk zawieszonej płyty winylowej. „Kochanie boje się przebudzić. Co jak znowu Cię utracę na tyle lat?” – ” Będę zawsze i już jestem. Uwierz.” Zawierzyłem i udało się. Obudziłem się i otarłem oczy posklejane żółtym proszkiem dziadka piaskowego, władcę snów i marzeń. To był jedynie sen? Pięć snów. Pięć pragnień. Pięć zmysłów. Czemu ciągle pięć? Patrzę na zegarek. Piąta, pięćdziesiąt pięć. Bóg mnie dobrze zna i wie, że nie lubię pełnych godzin. Figlarny starszy Pan. Któż to był, któż mnie tak kocha. Czemu, też pięć pór roku? Czemu liczba pięć? Prześladuje mnie. Czy to znak Boże? Czy to Twój znak kochana? Cóż, poranek. Czas wstać i sprawdzić telefon. Cztery połączenia nieodebrane i jeden sms. Boże? Jakaś drwina dziś ze mnie? Znowu pięć? Treść sms’a była następująca: „Dzień dobry kochanie. Może śpisz, ale chcę żebyś wiedział, że strasznie Cię kocham i jesteś moim światem”. W tym momencie wszystko się stało jasne. Moje lata. Tyle czekałem na nią i ją w końcu poznałem. Była obok mnie. Moja bezimienna. Boże, już rozumiem, czemu pięć. Kocham Twoje zagadki. Pięć liter. M jak marzenia, które męczyły moją głowę przez tyle lat w poszukiwaniu jej. A jak afrodyzjak, okazałaś się 12, wiesz? R jak radość, gdy Cię ujrzałem pierwszy raz w moim śnie i na papierze. T jak Twoja tolerancja i siła do mnie. A jak ambrozja, którą spijałem z Twoich ust tylko w snach i marzeniach. Teraz Cię już mam. Odnalazłem. Staliśmy się niewolnikami naszych serc. W boskiej posłudze złączeni. Marta. Pięć liter i pięć pór roku. Ostatnią moją porą roku jesteś Ty w naszym raju, zwanym życiem. Kocham Cię ponad wszystko. Teraz poznałaś mój sekret i moje szczęście. Sny i znaki opisane na prawdziwych faktach. 5 części moich snów o Tobie i 5 znaków. Jednej nocy, kiedy uświadomiłem sobie, że odnalazłem bezimienną o imieniu Marta.

Kocham – szkoda, że na sześć liter. . .

Jeżeli coś jest nie składne to wybaczcie. Sen mnie wzmaga.

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.