c.d. Życie, czyli etap między rozsądkiem, a szaleństwem.

Więcej, prędzej, szybciej, lepiej, mocniej… Wszystko przyspiesza i dławi. Serce w ciszy już osiąga 1000 wybić na minutę..

Ciemny pokój i ja.. Łóżko i sufit… Okna i firanki.. Noc za oknem.. Dzięki Bogu jeszcze żaluzje powstrzymują promienie księżycowe przed wtargnięciem do mojej strefy.. Ciemność. Tylko bicie serca w tle muzyki, która od dawien dawna umie wprowadzić mnie w stan totalnej anhedonii. Nienawidzę Cię… Bo jako jedyna jesteś przy mnie.. Dusisz mnie w słodkim uniesieniu Twojej rządzy do mnie.. Posiadać to, co innego, co pragnąć.. Ty mnie już masz… Wciąż żądasz więcej… Pragniesz mnie pragnąć, łaknąć się moim strachem i goryczą, nienawiścią.. Patrzę, choć nie widzę już sufitu, słucham, choć już nie słyszę muzyki… Absorbujesz moją uwagę… O Ciebie chodzi, właśnie. Szaleństwo. Otwiera mi się ciało w ciemnym pomieszczeniu, uwalniam się od niego.. Unoszę się jakby na delikatnym wietrzyku, nad ciałem. Wiatru nie ma.. Pozamykałem szczelnie okna by mnie nie rozpraszało.. Tylko rytm.. Masywny atak na umysł.. Tysiące myśli.. Spraw.. Czemu tak dużo?.. Czemu sam? Ja? Z Tym? Ja?.. Za dużo… Za dużo!.. Głowa wiruje, oczy zamknięte z bólu.. Łzy z otępienia już nawet nie płyną.. Sen.. Śpię, ale nic się nie śni.. Jest pustka.. Ciemność.. Idealny obraz tego, co jest..

Postój.. Czyżby nadzieja? Resztki przedartej szmaty wyobrażeń marzeń. Biorę do ręki telefon. Wciąż nic.. Godz. 22:46, oraz ta jedna tylko tapeta. Wilk patrzący w przestrzeń.. Jego oczy dzikie, bez wyrazu, bez strachu, bez bólu… Rządza nienawiści, oraz pokory.. Anhedonia zwyczajnej codzienności.. Brak emocji, grama szczęścia… Nic.. Trzymasz po prostu mnie w rękach… Kochasz, gdy aż tak Cię nienawidzę.. Uwielbiasz sycić wzrok krwawiącej piersi.. Kochasz patrzeć na tą stróżkę krwi z oczu.. Szaleństwo w szaleństwo zlepek wszystkiego, co pamiętam. Co przeżyłem.. Było dużo.. Było ciągle.. Tłumione.. Bo byłem, byłem dla innych.. Pragnąłem, krzyczałem! Wołałem o pomoc gestami, opisami, sms’ami… Nic i nikt.. Byli Ci, co próbowali.. Odeszli w ciemności Twojego uśmiechu..

Minuty mijają, czerń staje się bliższa, strach ucieka, zostaje zobojętnienie.. Nie pragnę, nie marzę, nie chcę.. Tylko tak Cię nie nasycam.. Nie daje więcej siły..

Przerwa… Grudki wysypane z białego opakowania, na kształt prostokąta o płaskiej podstawie, lecz niezaostrzonymi rogami niewyginającymi się w kąty proste.. Dwie gródki? Po co żałować? Więcej ku Twojej chwale a mojemu zapomnieniu…

Tak.. Odrętwienie.. Oczy rozbiegane.. Myśli krążące.. Głowa ulotna i lekka jak mały balonik z helem sprzedawany tu przy warszawskim zoo.. Oczy zamykam… Ulatuję wraz z końcem ostatniego taktu muzycznych uniesień.. Ostatnie nuty?.. Ostatni ja?? Co ze mną będzie proszę.. Odpowiedz mi…. Choć raz….

Ostatni raz… Jestem Twój.. Sługa uniżony.. Bo przecież oddawana wiesz.. Tylko z Tobą tak naprawdę umiem żyć… Szaleją myśli.. Nie chce przestać. Brakuje wiatru.. Otworzę okno! Muszę!.. Świeży powiew.. Zimny i przeszywający na wskroś.. Przeraźliwy chłód ust Twych.. Serce zwalnia.. Uderza wolniej.. Wolniej… Zasypia.. Zapewne się tak szybko nie obudzi… By nie czuć, nie śnić, nie widzieć i znów nie cierpieć, na bezwarunkową obojętność, ignorancję emocji jednego zapomnianego przez świat i ludzi.. Ciebie… Dlaczego? Ja sam? Z tym? Uśmiechnij się to tylko bzdury.. Napij się… Dość upijania i tłumienia… Wybucham i nie budzę się już…

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.