Wymierający gatunek…

Dziwie się sobie. Coraz więcej ludzi ignoruje mnie, coraz więcej ludzi nie chce mnie. Kurczowo jedynie przeglądam listę kontaktową w moim małym ciemny pokoju. Szukam, choć jednej, jedynej osoby, która odpowie bez większej zwłoki i zastanowienia. „Halo? Tak, oczywiście!”.
Zaginęła gdzieś energia, zgubiła się między kłębami ciężkiego dymu, który jak kat zwisa mi nad głową wysoko przysłaniając resztki promieni słonecznych, dzielnie walczących o wolność i kontakt ze mną. Ech. „Już nie będę z Tobą kłócił się i tak nigdy nie mam racji”. Potrzebuje świeżości, nowości w moim życiu, albo bardziej dynamicznego życia. Urodziłem się taki, jestem taki! Nienawidzę życia szarego! Nie chce być szary!.. Lecz chyba będę musiał przywyknąć do takiego stanu…
Dlaczego?!.. Przecież 3 lata temu obiecałem sobie.. Już nigdy nie będę tracił czasu, że każda minutę, sekundę życia wykorzystam, by tworzyć w wokół siebie świat, o którym marzyłem. Ostatnio dzięki jednej osobie znalazłem się w jednym miejscu z bardzo dużą ilością starych znajomych. Nie odczuwałem przez chwile tego jak się czuje. Zobaczyłem ją biegnącą w moim kierunku w dość znaczącym miejscu dla mojego życia i wyobraźni. Zobaczyłem i innych. Czas i chwile z nimi spędzone.. Niezapomniane. Wtedy czułem, że choć na chwilkę odciąłem się od swojej szarości, byłem dla nich, a oni dla mnie. A teraz? Wszystko poznikało jak by za szarą mgłą. Widzę tylko Wisłę powoli płynącą w swoim korycie. Na jej brzegach jeszcze niestrawione ciepłem ostatnich dni, kry. Delikatny szum wody, oraz delikatne trzaski osuwających się gałęzi ocierających o inne drzewa. Można było się zakochać. Może jestem zakochany? Zakochany w tym, co żyje dla mnie? Tych drzewach, w Wiśle, pomimo że swoją wrogą siłą zabrała z prądem dusze mojego brata, kompana. Nie jestem zły.. Nie boje się.. Dziwne.. Wybaczyłem jej i ją kocham. Godzina 22:00, wał wiślany, mała ławeczka, ja. Towarzyszący mi również płyn o jaskrawo złotym kolorze, w ciemno brązowej butelce zapieczętowany. Pierwszy łyk bardziej dla zabicia strachu, drugi już był dla smaku, a trzeci dał ulgę. W mojej głowie tłoczyły się miliony myśli, dlaczego w takiej pięknej chwili siedzę tu sam. Przecież kiedyś tak nie było.. Czemu nie dziele tych chwil z inną osobą, nie pokazuje jej świata widzianego przez moje oczy. Czuje ciężar, coś ołowianego ciąży mi na sercu, oddech staje się płytszy.. To chyba po prostu ból. Przemieniam swój świat w coś, co nie poznaje, nie jest mną.. Chyba będę musiał się z tym pogodzić i tak.. Zostawię te płytkie marzenia i zajmę się byciem szarym. Odkładam już telefon, lista kontaktów i tak trzy razy przeleciana. Szkoda, niegdyś potrzebny byłem na każde zawołanie, bo lubiłem pomagać, lubiłem gdzieś czuć kogoś obecność. Teraz? Sam, oraz spacer ze mną. Czas postanowić to koniec wszystkiego, co zaczynałem, mój gatunek wymiera. Będzie umierał.

Ś.P. Ja, były, wasz, nieobecny…

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.