Konstrukcja…

Zachody i wschody,

Minionej epoki dawnych myśli,

Wypalony i przerzuty przez życie.

 

Czyż to niepiękne stwórco?

Kiedy świat Twój płonie,

Połykany przez myśli samobójcy

Pomyleńca z plastikową gałęzią oliwna.

 

Prędzej, prędzej chłopcze.

Może zdążysz na nasz sad.

Na nasz osąd żyjącej formy powinności.

 

Skrywany szkrab żyjących psychopatów

Chrzczony w nienawiści

Krwi upadłych dotąd ciemności.

 

Chowane oblicza tłustych okupantów,

Przebierańców starych czasów.

Solidnie i daremnie

Uczą nas miłości

Do szczątków naszych upadłości.

 

Czyż to nie życie?

Piękna rzeczywistość

Spękanych i niedomytych

Proroków naszych myśli i spojrzeń.

 

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Opublikowano Ogólna | Skomentuj

Scena…

Witam. Bo wypada się przywitać po takiej przerwie. Nie wiem co tu robię i czemu staram się coś nabazgrać, lecz jednak chce spróbować. Życie niczym kalejdoskop zmienia swoje role i położenie, aktorzy Ci sami, lecz sceny wciąż się zmieniają. Jestem aktorem i myślę, że to nawet bardzo dobrym. Ostatnio dostałem rolę, rolę której nie mogę już sprostać. Chyba będę musiał się poddać, choć dotąd tego nigdy nie robiłem. Zanim jednak to uczynię opowiem coś o niej.

Świat, czas nieznany. Sceneria: ciemna noc oświetlona jedynie żółtym blaskiem latarni. Pada deszcz tworząc na chodnikach i drogach gigantyczne lustra dla perfekcyjnego oświetlenia scenerii. Bohaterzy: Ja w roli oszusta i kanciarza. Przechadzam się po sennym mieście zapomnianych dotąd pragnień. Didaskalia: czas na proszek który odurzy bardziej myśli bohatera, by jego myśli płynęły bez kontroli. Akcja. Idąc po chodniku mijam coraz bardziej senne miasto, światła jedno za drugim zaczynają gasnąć w oknach. Chyba naprawdę zaczyna być późno. Mogłoby się wydawać, że szukam tego jednego do którego bym mógł wrócić i wypocząć. Nic bardziej mylnego. Idę by znaleźć spokój duszy utęsknionej. Krok za krokiem stawiam swoje już ociężałe nogi, które zostały osłabione po ciężkiej walce z kieliszkiem w pobliskim barze. Tam starał się oszukać ludzi i pokazać im jedynie swoją maskę. Człowieka szczęśliwego i obrotnego. Oszukał ich perfekcyjnie. Ba! Nawet więcej. Okantował wszystkich grając z nimi w gry słowne. Judasz życia idący na golgotę.

Didaskalia: Bohater potyka się i przewraca z powodu za dużej ilości alkoholu we krwi. Upada by zamilczeć. Upada by już nie móc wstać.

 

c.d.n.

 

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Opublikowano Ogólna | Skomentuj

Codzienność . . .

Lekkie drgania koca leżącego na moich piersiach zwiastuje mi pewną niestabilność. Raz szybciej, raz wolnej. Bardzo niezdecydowane te moje serce. Czy to oznaka mojej własnej słabości? Może choroby?

Spokojnie leże na plecach wpatrując się w biel sufitu, czasem spoglądając na pęknięcia farby, które zdążyły obrysować linie trzech betonowych płyt w moim pokoju. Mieszkanie z pustaków a sufit i podłoga z wielkiej płyty? Niektóre rzeczy się nie zmienią. W sumie trochę jak nasze państwo. Nowy wygląd i materiały, ale podłoże i strop z tych samych starych podstaw. Może tak trzeba? Niestety nie znam się na budownictwie i żałuje tego. Może dzięki temu bym mógł stworzyć coś tak niepowtarzalnego i tak realistycznie spapranego, że ludzie by to podziwiali? To dopiero by było. Spaprana, krzywa wieża z Warszawy. Zrobiona z bloków dziwnych myśli, a spoiwem by były uczucia. To powinno być ciekawe.

Próbuje wstać z tego łoża, które już powoli wyrabia się pod moim ciężarem. Myślę, iż to przez to, że przytyło mi się, choć inni twierdzą, że wystarczy siedzieć w innych miejscach łóżka i spać w innych pozycjach. To będzie się równomiernie eksploatowało. Trochę to skomplikowane, ale możliwe. Jednak myślę, że to mój powód jest bardziej słuszny.

Promienie słoneczne gramolą się powoli i przebijają przez moje żaluzje w oknie. Chcą chyba uratować moje kwiaty, które staram się sukcesywnie pozbawić życia, lecz są na tyle wredne, że nie usychają. Robią mi na złość. Znajomy mi kiedyś powiedział żebym je po prostu wyrzucił, albo przestał podlewać. Niestety, ta opcja nie wchodzi w rachubę, ponieważ przywiązałem się do tych tleno-twórczych stworzeń i nawet chyba lubimy toczyć te nasze małe nieme wojny. To nasza prywatna rozrywka.

Powolnym krokiem sunę po dywanie, który powinien zostać już dawno wyrzucony. Przechodząc przez przedpokój widzę na ścianie ogromne lustro z czarną oblamówką. Widzę w nim swoje przekrwione oczy i te wielkie ciemno-szare wory pod oczami. Czyżbym był zmęczony? Czym? Przecież spałeś przeszło 14 h, a może mój organizm odbiera sobie to, co utracił w wakacyjne dni, kiedy pracowałem po 17 godzin dziennie przez bite dwa miesiące. Nie, raczej to nie to.

Czuje nagle wielki ucisk w lewej stronie mojej klatki piersiowej. Łapie się za pierś i próbuje przewertować mój mózg by móc znaleźć rozwiązanie w tej ciężkiej sytuacji. Ból jest na tyle nieregularny, że bodziec przechodzi z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej, lecz za mała stymulacja progowa powoduje, że nie jestem w stanie wygrzebać z tej studni wiedzy jakiegoś rozwiązania. Wszystko, albo nic. Kocham Psychologie.

W tym momencie uzmysławiam sobie, że ból nie jest doznaniem fizycznym, a raczej czymś zupełnie innym. Dochodzę do kuchni nalewam do aluminiowego czajnika wodę. Stawiam na gaz i odpalam zapalniczkę. Gotowe. Czekam tylko na gwizd, który oznajmi mi zakończenie tego procesu. Ile człowiek musi tracić czasu/życia czekając na to by woda się zagotowała w czajniku. By móc zrobić sobie tą kawę, zapalić papierosa by (och abstrakcjo) zacząć w końcu żyć i myśleć.

Kawa gotowa, wypijam łyk delikatnie ciemno-brązowego naparu z małych ziaren i mleka stworzony. Wiem, że umrę przez to i jestem zły, ale uwielbiam przesadnie słodzić. To mnie rozbudza. Serce (och abstrakcjo) zaczyna się uspakajać.

Myśli powoli w jedną całość zaczynają się zbijać jak wielka chmura deszczowa, aż tylko czekać jak spadnie ten wielki potok. Brzdęk otwierania zapalniczki benzynowej jest jak muzyka jak mały instrument w wielkiej filharmonii życia. Jest jak mały trójkąt, jeden dźwięk, ale daje dużo ukojenia. Zapalam pierwszego papierosa. Ociężały dym zaczyna wchłaniać się przez płuca do mojego mózgu, przy tym gwałcąc moje szare komórki, przez to wprawiając mnie w błogostan.

Cóż się stało cieślo snów? Czyżby kolejne znoje życia Cię prześladowały? A może sam siebie prześladujesz? Może sam jesteś dla siebie pasożytem żerującym na Twoim nieszczęściu?

Nie wiem. Na pewno się dowiem od innych zmęczonych zwłok naszego życiowego poklasku. Raczej, życiowego wyróżnienia. Byśmy poznali swoje wspaniałe dary, dzięki którym dajemy nadzieje innym na lepsze jutro. To piękne? A my?

My mój drogi kolego (rzekła umartwiona dusza zwłok) rozkoszujemy się spacerami po piekle, ale nie życia. Umysłu.

Kolejny łyk kawy tym razem przyspiesza bicie serca, kolejny wdech dymu papierosowego wprawia moje ciało w kołatanie. Czyżby jesteśmy szaleńcami z białą dusza, ale czarnym sercem? Smoła wylewa się z moich oczu. Czuje jej gęsty smak na moich wargach. Jak pocałunek istoty nie z tego świata. Przeszywa mnie on całego. Czuje, że czas policzenia się ze swoimi lękami nadzchodzi. Czy boisz się wciąż tej ogarniającej pustki? Czy lękasz się tego zniewolenia, o którym zapomniałeś?

Tak, pojawiłaś się chwilo niechciana. Zbyt długo przechadzałem się po tym świecie bez Ciebie. Zapomniałem o naukach, jakimi mnie karmiłaś. Męki ciała, męki duszy, męki umysłu, męki serca. To właśnie ten ból sprawiał, że stawałem się lepszy. Teraz, jest inaczej.

Tak siedząc w krześle w kuchni odczuwałem kolejne nauki, które mają mnie ulepszyć. Boże, który mnie obserwujesz. Nie daj mi zbłądzić. Nauczaj i doświadczaj. Umocnij moje kruche nędzne ciało. Opal mnie ogniem bym był twardym glinianym naczyniem, bym ten ból i doświadczenie przeze mnie nie przesiąkło gdzieś w glebę tracąc sens. Nadaj mi sens dalszego życia i trwania w tych naukach i doświadczeniach. Spraw, abym nigdy nie porzucił ścieżki mi nadanej. By śmierć nigdy nie była daremna.

Amen. Tymi słowami kończyłem swoją małą prywatną rozmowę z sprawcą, a zarazem darczyńcą tego wszystkiego. Ostatni łyk kawy, ostatni wdech trującego dymu. Koniec.

Tak zaczynam dzień, by móc sprostać wymaganiom innych i mnie samego.

Dzień prostego człowieka. Małego nie ważnego. Może go znacie, a może po prostu to wy sami, lecz boicie się przyznać? Więc porzućcie strach i żyjcie. Byście nigdy nie musieli stanąć przed lustrem i pytać. Kim on jest ten po drugiej stronie?

 

Dla tych, co nie wierzą, bądź stracili wiarę. W co? Może w lepsze jutro. Czas pokaże.

 

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Opublikowano Ogólna | Skomentuj

Idziemy? …

Życie idzie dalej, mówią inni. Czy aby na pewno? Czy naszą nieustanną pogoń za szczęściem swoim, innych można nazwać czymś nowym i dalszym niż to, co było zawsze? Czy aby na pewno poruszamy się dalej? Wątpię.

Pomijając fakt dorastania, nowych problemów z faktu bycia dorosłym człowiekiem to nic się nie zmienia. Można wręcz powiedzieć, że tylko zabawki się zmieniają i metody, ale fakt stania w miejscu jest nadal. Nie rozwijamy się prawidłowo w dzisiejszym świecie jak by tego chciała nasza dusza i serce. Jesteśmy więźniami dzisiejszego świata i rządów. Zmuszeni żyć w pogoni z brakiem samorealizacji na ramieniu. Dzieci na pozór szczęśliwe żyjące w nieświadomości wykreowanym stworzeniu naszych rodziców. Wraz z wiekiem świadomość ich jest większa, co mogłoby pozwolić nam sądzić, iż to pierwszy krok do tego by osiągnąć swój mały utajony sens. Czy aby na pewno? Dorastamy, wiemy, co nas otacza, łamiemy bajki stworzone przez rodzicielów i poznajemy świat, który rządzi się podobnymi zasadami jak nasi rodzice, kiedy byliśmy mali. Jesteśmy oddani prawdzie, jaką nam ukazują media, politycy, szefowie w pracy. Wierzymy w sens, jaki nam przedstawiono, pomimo, że dzięki świadomości zdajemy sobie sprawę, że to tak nie do końca powinno wyglądać. Chcemy zmian, więc głosujemy na nowe rządy, które wcześniej „dały nam do tego prawo”. Lecz, nawet one nowe upadają i żyją według tych starszych ustalonych schematów. W takim razie jest sens głosować, skoro nikt nie jest wstanie iść dalej?

Zastanawiające jest jedynie to, że nie jesteśmy głupim społeczeństwem. Dostęp do internetu, do niezależnych for gdzie mądrzy ludzie prowadzą dysputy na przeróżne sprawy ma prawie każdy człowiek. Dzięki temu dowiadujemy się bardzo szybko różnych prawd o świecie, o których np. nasi rodzice mogliby sobie tylko marzyć, ale pomimo to wszystko i tak powielamy schemat. Dużo ludzi może się ze mną nie zgodzić, wręcz oburzyć moją postawą i sugestiami, ale wewnątrz mnie toczy się już ta bitwa od dawien dawna i z tego, co dowiedziałem się nie tylko we mnie. Więc w takim razie jak pokonać brak samorealizacji? Z tego wszystkiego można by sądzić, że jest to niemożliwe.

A jednak jest mała nadzieja. Czasochłonna, ale jest.

Jak już niejednokrotnie poruszałem to w moich wierszach, opowiadaniach etc. Trzeba zacząć od podstaw by móc wejść na wyżyny i być może kiedyś odmienić nasze życie. Projekt jest bardzo trudny, bo wymaga od nas ciężkiej pracy nad sobą niż nad innymi osobami, albo instytucjami. Ludzie są stworzeni by działać, dlatego rzadko dopuszczają do siebie możliwość pracy nad sobą. Ponieważ nie daje to widocznych do razu efektów. Nie wierzycie? Przyjrzyjcie się, wszystkim dziedziną życia. Począwszy od ćwiczeń fizycznych by osiągać marzenia w sporcie, po naukę. Zaczynamy od ciężkiej pracy z sobą samym. Trenujemy każdy mięsień i szarą komórkę powoli i skutecznie. To zajmuje czas, ale daje duże i trwałe wyniki. Podkreślam słowo trwałe. Oczywiście mamy różne suplementy chemiczne by zwiększyć masę, przyśpieszyć zapamiętywanie, choć to metoda szybsza to nie daje trwałych rezultatów, które byśmy mogli docenić i z nich skorzystać, jako naukę na całe nasze życie.

To są proste dowody na to, że strajki i inne masowe, szybkie rozwiązania nie dadzą długofalowych zmian. Trzeba zacząć od siebie, od znajdowania szczęścia w drobnych rzeczach i chwilach. Od ciężkiej pracy nad sobą i medytacją nad wszystkimi już osiągniętymi sukcesami, jaki i dalszym życiem. Myślę, wróć. Czuję, że to jest sekretem naszego życia. Osiągnięcie zrozumienia i harmonii w jednej jednostce by ta mogła wpłynąć na resztę innych, które stworzą grupę. Ta grupa stworzy miasto innych jednostek a na końcu kraj. Wtedy zmiany by były natychmiastowe i bezpieczne, ale dojście do tego pułapu potrwa jeszcze długo, a jak długo? To tylko już zależy od nas, kiedy zaczniemy i jak szybko inni zrobią tak samo.

Bądźmy uświadomieni, spokojni i czasem zatrzymajmy się w pogoni za zmianami, właśnie po to by dokonać w końcu tych na prawdę ważnych zmian. Zacznijmy od szczęścia w małych rzeczach, zanim zaczniemy polować na większe. Nasze cele i szczęście jest jak wielkie słońce na niebie. Widzimy je, lecz jak byśmy się bardzo o nie, nie starali to i tak go nie dosięgniemy. Przez ten nasz cel nie widzimy tego, że właściwie te szczęście jest już wśród nas występujące w małych iskierkach, w cieple, które daje nam słońce. Więc nie starajmy się posiąść słońca, którego nawet dosięgnąć nie możemy. Skupmy się nad tym małym ciepłem życia, które już dostajemy od niego.

Czy uda nam się zmienić świat? Nie wiem, ale wiem to, że jest możliwa zmiana w nas.

W ramach kolejnej rehabilitacji sumienia, mojego i naszego.

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Opublikowano Ogólna | Skomentuj

Rehabilitacja …

Chyba najwyższy czas, co? Myślicielu starych wspomnień. Zostałeś tam daleko, gdzie ja już nie sięgam wzrokiem. Jeszcze. „Mały kapłan”, tak uwielbiałeś o sobie mówić. Dziś po Tobie pozostało nie wiele, a może zbyt wiele? Na moje usta cisną się coraz to nowe pytania. Czemu? Bo muszę z kimś porozmawiać, przejść chrzest, nawrócić się z powrotem na moją życiową ścieżkę.

Czym jest samotność? Dla mnie jest stanem, zagubienia własnej tożsamości, starej życiowej mądrości i siły by móc dalej z uśmiechem iść i nieść pocieszenie innym. „Po to przeżyłem by to czynić.” To prawda. Czy jestem samotny zgodnie z tą zasadą? Tak, zagubiony i samotny. Fakt, mam przy sobie wspaniałych ludzi, którzy liczą na mnie i zawsze będą się starać bym miał ową siłę. Niestety, ten stan samotności jest personalny i inni nie pomogą. Jest to konieczne do zrozumienia siebie i nabrania ponownej wiary w siebie.

Zatem, znam zasady, ale nie mam już sił iść dalej. Może na razie? Nie wiem. Jest to moja droga, którą się sam obarczyłem. Nikt mi nie kazał i nie narzucił mi tego. Wiem, że po prostu tu po to jestem. Kiedyś, ktoś mi powiedział: „Żyjemy tylko po to by być dla innych. Nic więcej, a dobra dzisiejszego świata są tylko po to byśmy mieli więcej siły i warunków do czynienia tego jeszcze lepiej.” Chyba czas na wędrówkę. Musze udać się do miejsca, które pozwoli mi znowu poznać siebie na nowo, zaakceptować.

Każdego dnia, kiedy wstajemy, otwieramy ciężkie powieki po długim śnie. Rozglądamy się i co widzimy. Niektórzy, kolejny dzień szarej rzeczywistości, ale czy tak musi być? Czy przypadkiem nasz sen nie jest swoistą spowiedzią naszego umysłu, sprzątaczką sennych marzeń, dążeń, wspomnień? Czuje, że tak. Sen jest potrzebny, a tak rzadko go w pełni doświadczamy. Zanurzeni w pracy i pogoni za pieniądzem, który przecież ma nam pozwolić godniej żyć, także dla swoich bliskich. W takim razie staramy się robić to coraz lepiej i szybciej. Nie chcemy zawieść naszych bliskich i przy okazji siebie samych, ale czy to wystarczy? Budzimy się każdego ranka i zastanawiamy się po przeprowadzonej defragmentacji naszego umysł, czy aby na pewno to wystarczy? Gonimy, zatem życie jeszcze szybciej, zarabiając jeszcze więcej. W pewnym momencie ponownie się budzimy i czujemy nieodpartą odrazę do siebie i niedosyt. To jeszcze nie wszystko. Czy robię coś nie tak?

Zatracamy swój czas i młodość tylko po to by w końcu dojść do takiego etapu, stwierdzając, że to wszystko na nic? Czuje, że nie. Jest w nas jednak cząsteczka Boga, która pomimo zatracenia przebija się na światło dzienne i daje nam znać, że o czymś zapomnieliśmy.

Zapomnieliśmy o rehabilitacji, naszej samotności. Musimy zwolnić, zająć się sobą. W psychice naszej mentalności znaleźć cząsteczkę Boga, która nam ukaże piękno świata, które pomimo naszej ślepoty i nieustającego biegu, wdzięczy się do nas byśmy ją mogli podziwiać i zrozumieć. Istotę piękna i radości w tym świecie wewnętrznego opuszczenia. Zatrzymaj się cieślo snów, zwolnij, ponieważ najważniejsze to to by nie być samotnym zagubionym filarem rodziny, oknem i drogowskazem, którym ma nam ukazać kolory nieba, a nie szarość betonowych bloków i czerń asfaltu.

Pamiętam i zawsze będę pamiętał. „Objąć wzrokiem nieskończone i ujrzeć nieistotne”.

Kolejny zlepek myśli.

( Wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone dla: Mateusz Rutecki )

Opublikowano Ogólna | 2 komentarze